kot

Miej odwagę prosić o pomoc

Dziś czwartek, a więc czas na nowy wpis. Miałam dla Was zaplanowany temat, a nawet przygotowany tekst. Jednak zmieniłam swoją decyzję. Wszystko za sprawą tego, co przydarzyło mi się dziś w drodze do pracy…

Właściwie to nie wiem od czego zacząć. Kiedy obudziłam się rano, wszystko było w porządku. Standardowo przekładałam wstanie z łóżka o kolejne cenne minutki, ale widok godziny 6:20 szybko mnie podniósł, bo o 7:00 muszę wyjść z domu. A nie zrobię tego bez śniadania.

W centrum miasta…

Wczoraj znów wróciła mi ochota na słuchanie muzyki podczas podróży do pracy. Najpierw wsiadam w autobus, a potem w tramwaj, więc staram się wykorzystać ten czas na czytanie lub słuchanie muzyki właśnie.

I kiedy byłam już w centrum miasta, poczułam nagłe uderzenie gorąca… Zrobiło mi się duszno, niedobrze i już czułam co się zapowiada. Chwilę później oblały mnie zimne poty, a przed oczami zrobiło się czarno. Sekundy dzieliły mnie od utraty przytomności…

Co wydarzyło się dalej?

Nie wiem. Bo minął mi jeden przystanek bez świadomości. Kiedy się ocknęłam, myślałam tylko o tym, że muszę wstać i dotrzeć do pracy. Pojawiła się też myśl o tym, żeby poprosić kogoś o pomoc, ale wtedy wmawiałam sobie, że sytuacja nie jest na tyle poważna, żeby kogoś zaczepiać. Wstać, wyjść, iść. Wstać, wyjść, iść… Wstałam. O własnych siłach. Jeszcze nie do końca dobrze widziałam. Pełne funkcje wzroku wróciły dopiero po kilku niepewnych krokach na świeżym powietrzu.

Do pracy mam 5 minut z przystanku.

Przed wejściem do budynku, spotkałam kolegę z pracy. Też nie poprosiłam o pomoc, tylko rzuciłam jakby bez emocjonalnie, że chyba zemdlałam w tramwaju. Kiedy już dotarliśmy na górę, zdałam sobie dopiero sprawę z tego jak głupio się zachowałam i od razu zadzwoniłam do szefa, że ewakuuję się do domu. A był to dla mnie wyczyn, bo jest deadline, a ja się zobowiązałam z wykonaniem roboty. Zadzwoniłam do narzeczonego i pojechaliśmy do domu, do lekarza i znów do domu.

Koniec dnia przyniósł mi pewne wnioski.

Czego nauczyła mnie terapia?

Przeważnie na terapii było tak, że opowiadałam o znaczących dla mnie wydarzeniach z ubiegłego tygodnia (lub dwóch – w zależności od częstotliwości sesji). Wspólnie z terapeutką starałyśmy się odkryć właściwe znaczenie tych sytuacji. Często przy tym padały pytania: Czy ktoś kiedyś tak Cię traktował? Czy w innej sytuacji czułaś się podobnie? Kiedy jeszcze czujesz lub czułaś się w ten sposób?

Naturalnie poprzez te pytania wracałyśmy do mojego domu rodzinnego. To stąd w głównej mierze wynosimy zasady czy też schematy zachowania.

Kiedy terapia się skończyła, sama zaczęłam zadawać sobie takie pytania. Dzisiejsza sytuacja była do tego doskonałą okazją.

Jako dorosłe dziecko alkoholika uczysz się,  że Twoje potrzeby i uczucia są nieważne. W centrum uwagi jest alkohol, a Ty masz się dopasować i nie przeszkadzać. W takich warunkach nie da się normalnie funkcjonować, więc włączasz tryb przetrwania. Zaciskasz zęby, płaczesz w zaciszu i sabotujesz swoje marzenia. Bo musisz przetrwać.

Tryb przetrwania pomaga Ci przeżyć kolejne dni upojenia oraz dni nieupojenia (nie wiadomo które gorsze). W tym wszystkim jesteś zupełnie sam. Nikt nie jest w stanie zrozumieć Twojej sytuacji. Rodzina nie widzi problemu. Przyjaciele lub znajomi widzą tylko powierzchnię Twojego „domu”. No chyba, że masz szczęście i nie jesteś w tym zupełnie sam.

W związku z tym uczysz się, że na nikim nie możesz polegać. Możesz wyłącznie liczyć na siebie. Tyle razy się zawiodłeś, że ostatnie o czym pomyślisz, to poprosić o pomoc…

Tymczasem to właśnie pomoc innych osób – ich wsparcie, zrozumienie, podanie ręki, opieka, troska – jest dla nas zbawienna.

Długo zajęło mi zdobycie zaufania do ludzi, a tym bardziej uczenia się proszenia o pomoc i wsparcie. Jak widać mam w tym jeszcze spore braki. Ratuje mnie świadomość tego, że wiem nad czym mogę popracować. Uważam, że jest to kluczowe na drodze do uzdrowienia swojego życia.

Gdybyś zapytał mnie, jak radzić sobie z trudnościami wynikającymi z DDA, odpowiedziałabym: Miej odwagę prosić o pomoc.

Trzymajcie się ciepło!

podpis.png

 

 

P.S. Wybaczcie literówki, błędy stylistyczne czy ortograficzne. Powoli wracam do formy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *