dzieci.png

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego

Przykazanie miłości „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” kojarzone jest z naukami Jezusa. Nigdy nie sądziłam, że jego imię kiedykolwiek zostanie zapisane na tym blogu, ponieważ mój związek z Kościołem katolickim skończył się na bierzmowaniu. Jest jednak ważna kwestia, którą warto poruszyć w obliczu tak mocno zakorzenionego znaczenia tych słów. Zapraszam na małą lekcję miłości.

BĘDZIESZ MIŁOWAŁ SWEGO BLIŹNIEGO JAK SIEBIE SAMEGO

Każdy z Was choć raz w życiu zetknął się z tymi słowami. Pojawiały się one na lekcjach religii, kazaniach, rekolekcjach, w domach zasłyszane od rodziców i babć. Każdy dorosły powtarzał je bez większego zastanowienia. Przez co sprowadzały się raczej do takiego znaczenia: Nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe.

Z omawianego przykazania zdaniem niektórych wynika miłość do drugiego człowieka. Spotkałam się nawet z określeniem „Miłość do wszystkich jest powołaniem człowieka”. Miłość ta powinna polegać na wspieraniu innych w autentycznym i wszechstronnym rozwoju. Dotyczy to wszystkich aspektów aktywności człowieka jak np. fizyczność, duchowość, moralność, religijność, intelekt. Ale ponad wszystko Twoją misją jest takie wspieranie drugiego człowieka, które doprowadzi go do życia wiecznego.

Trudno jest mi w pełni oddać tło tej interpretacji, ponieważ nie potrafię naśladować tego typu retoryki.

Oprócz tego, że dobry chrześcijanin powinien przyczyniać się do zbawienia innych ludzi, powinien on także kochać tych, do których czuje niechęć, a nawet tych, którzy wyrządzili mu krzywdę. Ważna jest również kwestia przebaczania rozumiana jako rezygnacja z odwetu za doznaną krzywdę. Postępując w ten sposób dajemy innym szansę na zmianę swojego zachowania w lepszym kierunku.

SENS PRZYKAZANIA ZOSTAŁ UCHWYCONY TYLKO POŁOWICZNIE

Zakładam, że takie interpretacje mają dążyć do wzajemnej miłości i ograniczania zła na świecie. Wydaje się jednak, że sens wspomnianego przykazania został uchwycony tylko połowicznie. Na szczęście autorem tych mądrych słów nie jest Jezus, a jedynie za sprawą jego postaci stały się one tak bardzo popularne. W życiu kierujemy się różnymi wartościami, a w moim systemie jedną z podstawowych jest miłość. W związku z tym nawet jako ateistka mogę odnieść się do kwestii miłowania bliźniego.

Moim zdaniem katolickie/teologiczne/najbardziej popularne pojmowanie tego przykazania jest trochę jak leczenie choroby zamiast wzmacniania odporności w celu jej uniknięcia.  Mało kto wspomina o tym, że trudno jest kochać innych ludzi, kiedy nie kocha się siebie.

TRUDNO JEST KOCHAĆ INNYCH, KIEDY NIE KOCHA SIĘ SIEBIE

Skoro punktem odniesienia ma być to, w jaki sposób traktujemy siebie, to dlaczego nikt nie uczy nas jak kochać i troszczyć się o siebie?

Bo wtedy nazwaliby nas egoistami.

W wielu słownikach egoizm definiuje się jako „postawę charakteryzującą się nadmierną lub wyłączną miłością samego siebie, podporządkowaniem własnym potrzebom interesów innych ludzi, myśleniem wyłącznie o sobie i swoich korzyściach”. Jako synonim egoizmu traktuje się egocentryzm, który oznacza „tok rozumowania, który polega na centralnym umiejscowieniu własnej osoby w świecie; niezdolność do akceptowania innych poglądów i postaw niż własne”. Dla mnie mieszanie tych dwóch pojęć jest nieuzasadnione.

Egoizm w podanym wyżej znaczeniu bardziej odpowiada opisowi narcyzmu niż miłości do samego siebie. Czy można nadmiernie kochać siebie? Można. Czy można niedostatecznie kochać siebie? Też można, ale o tym mało kto mówi. Na pierwszym planie pojawia się słowo „egoista”, którego unikamy jak ognia. A chodzi przecież o to, żeby nie popadać ze skrajności w skrajność.

Prawdziwe spustoszenia powoduje przyjęcie postawy egocentrycznej, ponieważ umiejscawiając siebie w centrum wszechświata trudno mówić o partnerstwie, równowadze, dystansie do siebie.

Miłość do samego siebie

Dlaczego tak ważna jest miłość do samego siebie? W tym pojęciu mieści się o wiele więcej niż widać to na pierwszy rzut oka np.:

  • akceptacja siebie,
  • szanowanie swoich emocji,
  • konstruktywne wyrażanie emocji,
  • wybaczanie sobie,
  • współczucie dla samego siebie.

Mówię o tym, ponieważ z jednej strony jesteśmy skłonni rozumieć innych i im wybaczać. Wielokrotnie bez względu na to ile krzywd nam wyrządzono lub sprawiono cierpienia. Natomiast jeśli chodzi o nas samych, to jesteśmy mistrzami samokrytyki. Najmniejszy błąd potrafi urosnąć do wielkości hipopotama.

Jeśli czasem masz problem z samokrytyką, spróbuj zmienić perspektywę. Wyobraź sobie swoją przyjaciółkę lub przyjaciela w sytuacji, która Ci się przydarzyła? Co byś mu powiedział lub powiedziała? Czy zasługuje na Twoje wsparcie? Z pewnością, jeśli jest Twoim przyjacielem. Tak samo Ty bądź dla siebie dobry i okazuj sobie wsparcie.

Po drugie w innych najbardziej irytuje nas to, co denerwuje  w nas samych. Jeśli nauczymy się akceptować swoje słabości i zaczniemy patrzeć na możliwości a nie przeszkody, łatwiej będzie nam zrozumieć innych.

Po trzecie emocje. Nie zapominajmy, że nasze emocje są równie ważne jak emocje drugiej strony. Pamiętajmy, że to nie jest tak, że ktoś powinien czuć się tak a nie inaczej tylko z tego względu, że my tak się czujemy w określonej sytuacji. Podobnie my nie wpasowujmy się w daną sytuację, tylko szczerze mówmy o tym, co czujemy. Emocji nie należy pojmować w kategoriach „prawdy absolutnej”, więc nie ma co się spierać, że mój ból jest większy, a Twój nie lub odwrotnie.

Jeśli chcesz być dobry dla innych, pamiętaj byś był dobry dla samego siebie.

podpis.png

 

 

 

2 Comments

  1. Bardzo ważny temat. Szczególnie mnie poruszył ten fragment: „Oprócz tego, że dobry chrześcijanin powinien przyczyniać się do zbawienia innych ludzi, powinien on także kochać tych, do których czuje niechęć, a nawet tych, którzy wyrządzili mu krzywdę. Ważna jest również kwestia przebaczania rozumiana jako rezygnacja z odwetu za doznaną krzywdę.”
    Będąc w gimnazjum (które było dla mnie piekłem i wspomnienia z nim związane wciąż utrudniają mi życie) i przygotowując się do bierzmowania, próbowałam poniekąd być takim dobrym chrześcijaninem (co rozumiałam bardziej jako po prostu bycie dobrym człowiekiem). Poniekąd, bo skupiłam się głównie na tym zbawianiu innych ludzi. Innych, którzy przechodzą przez to co ja, innych, którzy też cierpią. Trudno było mi „miłować” ludzi, którzy mnie dzień w dzień upokarzają, ale czułam, że nie mogę się na nich złościć. Że powinnam im wybaczyć, że nie mogę chcieć się zemścić, przecież tak dobrzy ludzie nie robią! A więc ta moja pomoc innym była może trochę takim zapewnieniem samej siebie, że jestem dobra i odrzuceniem negatywnych uczuć w stosunku do innych. Chyba trochę odrzuciłam samą siebie, sądząc, że miłość własna to egoizm a prawdziwym pięknem jest pomoc innym kosztem siebie. „O, jakim jestem dobrym człowiekiem, ktoś mnie uderzy w policzek a ja i drugi nadstawiam!”
    Na pewno są też ludzie, którzy nie biorą tych słynnych religijnych sformułowań tak dosłownie, którzy są w stanie kochać i bliźniego i siebie, jednak wydaje mi się, że tak jak wspominasz – nikt nas nie uczy miłości do siebie. Jakby to było coś złego, dbać o siebie, swoje potrzeby i prawa.
    Fajnie, że napisałaś o tej samopomocy polegającej na zmianie perspektywy. Często o tym zapominam, a to naprawdę bardzo pomocna rzecz i zmieniając perspektywę możemy dostrzec jak czasem okrutnie zdarza nam się samych siebie traktować.
    Jak zawsze dziękuję za ciekawy artykuł i możliwość podzielenia się swoimi przemyśleniami. Pozdrawiam 🙂

    1. No właśnie ja miałam podobnie jeśli chodzi o okres gimnazjum. A dodatkowo połączenie tego przykazania z hasłami rodziny, że rodziców trzeba szanować i kochać (oczywiście bez względu na wszystko) sprawiało, że nie było już miejsca dla siebie.
      Cieszę się, że jesteś i dziękuję, że dzielisz się swoimi uwagami. To dla mnie cenne! Pozdrawiam ciepło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *